poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Czelabińsk, czyli rosyjski Sosnowiec.

Jakie jest najbardziej wyśmiewane miasto w Polsce? Oczywiście Sosnowiec. Miasto na Śląsku  od dłuższego czasu wiedzie prym w kategorii najbardziej ośmieszanych, choć dwa lata temu w okresie Świąt Bożego Narodzenia, za sprawą pewnej pani z napojem gazowanym, na chwilę oddało pałeczkę Radomiowi.
Tak jak my Sosnowiec, tak Rosjanie za obiekt ogólnokrajowych kpin obrali sobie Czelabińsk - ponad milionowe miasto na Uralu, w którym w 2013 roku spadł meteoryt. Wszystko, co czelabińskie musi być siermiężne i karykaturalnie wielkie, a stereotypowy Czelabińszczanin to silny, zahartowany osobnik, stający do walki wręcz z niedźwiedziem... czy może raczej z czelabińskim susłem.



A oto i inni przedstawiciele miejscowej fauny...:











...i flory...

Czelabiński trawnik.

Mimo utartych stereotypów, czelabińszczanie spędzają czas tak samo jak i my. Dzieci spacerują  ze swoimi babciami...



...albo bawią się w piaskownicy...


...lub na placu zabaw.



Dorośli zaś dbają o kondycję fizyczną, czasem wypoczywają w SPA.








A studenci ciężko zakuwają, żeby zdać sesję.
"STUDENCI, KTÓRZY NIE ZDALI SESJI, SĄ POWIESZENI NA CZWARTYM PIĘTRZE"

Czelabińsk... może nie przypadkowo meteoryt spadł właśnie tam?



Zdjęcia pochodzą ze stron:
demotivators.to
rusdemotivator.ru 
i demotywatory.pl

niedziela, 18 stycznia 2015

O Czeburaszce.


Film animowany o Czeburaszce, który w Polsce nosił imię Kiwaczek, był koszmarem z dzieciństwa mojej mamy. Wielkie oczy, smutny głosik i totalny brak charakteru czyniły z niego bezradne stworzonko, którego młodemu widzowi było po prostu żal.

Źródło: Wikipedia

Podobnie jak w przypadku Kubusia Puchatka, film powstał na podstawie książki Eduarda Uspienskiego, a pierwowzór głównego bohatera był zabawką, którą jako dziecko bawił się autor, podobnie jak Kubuś i jego przyjaciele ze Stumilowego Lasu  były zabawkami syna A.A. Milne`a.

Czeburaszka przybył do Związku Radzieckiego w skrzynce z pomarańczami. Znalazł go handlarz tropikalnymi owocami, który otworzył skrzynkę ze śpiącym stworkiem. On też nadał mu imię, po tym, jak siedzący na skrzyni, zaspany jeszcze Czeburaszka nie mógł utrzymać pionu - rosyjski czasownik cheburakhnut`sa znaczy tyle co "przewracać się, upadać".
Najlepszym przyjacielem Czeburaszki jest krokodyl Giena, który pomaga mu odnaleźć się w sowieckiej rzeczywistości. Na drodze zaś staje im dość ciekawy personaż - elegancko ubrana, ale złośliwa staruszka Szapoklak i jej szczur.

Warto wspomnieć, że piosenka z filmu o Czeburaszce, stała się rosyjskim "Sto lat" czy "Happy birthday". Zanim krokodyl Giena nie zaśpiewał pod akompaniamentem harmonii Pust` begut neuklyuzhe, Rosjanie nie bardzo mieli co śpiewać zdmuchującemu świeczki solenizantowi.




Czeburaszka jest oprócz matrioszek czy samowara jednym z symboli Rosji. Gadające pluszowe maskotki, w ubrankach lub bez, można kupić niemal na każdym stoisku z pamiątkami i w sklepach przy stacjach metra. Była również maskotką rosyjskiej reprezentacji na kilku kolejnych Igrzyskach Olimpijskich, począwszy od Letnich Igrzysk w Atenach w 2004 r. Na zimowej Olimpiadzie w Turynie (2006 r.) stworzonko miało kolor biały, natomiast dwa lata później w Pekinie jego futerko było czerwone.
Źródło: mat. własne

Źródło: Wikipedia
Jako rosyjska ikona popkultury, wizerunek Czeburaszki często jest wykorzystywany, można go spotkać m.in. na koszulkach nawiązujących do najpopularniejszego zdjęcia Che Guevary, a ukraiński zespół TNMK nagrał hip-hopową piosenkę pt. "Boję się Czeburaszki" (Я боюся Чебурашку).

sobota, 27 lipca 2013

O Moskwie w trzech scenach.

Scenka rodzajowa nr 1:
Przy wyjściu z metra stoi hoża babcia i, rozdając ulotki, krzyczy na całe gardło:
- Najtańszy internet! U kogo niet?
Wzięliśmy jedną z ulotek, na co ona, szczerząc ostatki zębów w uśmiechu, krzyknęła za nami:
- Tylko nie pijcie coca-coli!!!

Tak właśnie ni mniej ni więcej wygląda Moskwa. Kraj ludzi przedsiębiorczych. Kto będąc w tym mieście nie widział klozet-babuszek, mających swoje miejsce w specjalnie przystosowanym toi-toiu. Dziwię się jak one mogą tak cały dzień siedzieć w jednej pozycji.
Najwyraźniej dla Rosjan nie ma rzeczy niemożliwych.
Podobno każde miejsce ma swój tylko sobie właściwy zapach. Zapach Moskwy to zapach metra. Podziemia, kurzu, rozgrzanych szyn. Skórzanej kurtki współpasażera. I gorących pirożkow sprzedawanych na stacji. Przed wielkomiejskim zgiełkiem i napierającym tłumem uciekam do cerkwi. Tam z kolei w kojącym cieple unosi się zapach woskowych świec, kadzidła, gdzieniegdzie damskich perfum. W cerkwi czas się zatrzymuje, tu w powietrzu, oprócz zapachów krążą te wszystkie ważne sprawy, które przynoszą do przybytku ludzie. Jest powaga, jest cisza, jest i Tajemnica.
Mimo swojego ogromu, Moskwa mnie nie przytłacza. Nawet budynki, dumnie reprezentujący styl „stalinowskiego gotyku” nie są mi wrogiem. Bo przychylni są tu ludzie. Staruszek z uśmiechem wręcza mi żółty jesienny liść, w drodze do Carycyna spotykamy jegomościa o polskich korzeniach. Pyta, jak tam Piłsudski. Kupuje nam bułeczki z kapustą i zapewnia, że „w razie co”, on jest dostępny w pawilonie nr 75. Na moście pan z brodą Rasputina robi zdjęcie mi i Karolinie. Moim aparatem. Daje spis moskiewskich cerkwi i paczkę ciasteczek. Mówi, że powinnyśmy się więcej uśmiechać i nie strzyc włosów.
Kiedy kładę się spać, za oknem ujadają bezpańskie psy - sobaki-bomży. Szczekają i wyją niczym kojoty z taniego westernu. Aż strach wychodzić o tej porze. Wyobrażam sobie spotkanie z zębami i pazurami. Głodnych, wściekłych kundli o świecących ślepiach.  Ale to zupełnie nie tak. Sobaki-bomży to biedne jestestwa. Brudne, ze skołtunioną sierścią, obwisłą skórą, kompletnie niegroźnie szwendają się po stolicy Rosji, niczego od niej nie oczekując, o nic nie prosząc. Czekają aż nastanie noc. A nocą kładą się na trawnikach, w przejściach podziemnych, nawet na stancjach metra. Niczego nie zawiniły Moskwie. Na gwizd podchodzą ze skulonymi uszami. Zupełnie jak Szarik Bułhakowa.

Scenka rodzajowa nr 2:
Siedzimy w jednej z sal lekcyjnych Instytutu Puszkina. Profesor tłumaczy zawiłości postmodernizmu, kiedy to drzwi otwierają się z wielkim hukiem i wchodzi sprzątaczka, dzierżąc w ręce szmatę do podłogi. Nie zważając na nic, staje przed zapisaną kredą tablicą, wzdycha i ze słowami "koszmar!" (просто ужас!)  na ustach opuszcza salę.
Gmach Instytutu Puszkina mieści w sobie uczelnię, akademik i stołówkę. Pokoje są całkiem ładne,
Instytut Języka Rosyjskiego im. A. Puszkina
jak na rosyjskie warunki. Podobno akademik reprezentuje jeden z najwyższych standardów w Moskwie. Mieszkamy w składach po 5 osób, z lodówką i łazienką. Polaków z reguły osiedlają razem, ale od reguły są wyjątki - ja wylądowałam w składzie z Czeszką Anią i Turczynką Fernaz. Ania, jako nosicielka jednego ze słowiańskich języków, po rosyjsku mówi świetnie. W listopadzie dobiega jej ostatni, trzeci miesiąc tutaj. Przed wyjazdem planuje zdać egzamin na certyfikat. Z kolei Fernaz przyjechała na rok, rosyjski umie bardzo słabo, więc porozumiewamy się głównie po angielsku. Mówi, że w Turcji jest dużo Rosjan i dobra znajomość ich języka otwiera drogę do robienia kariery.
Rotacje ludzi i ogólna międzynarodowość są charakterystyczne dla „Puszkina”. Ktoś przyjeżdża, ktoś wyjeżdża, zarówno pojedynczy ludzie, jak i całe grupy. Integracja odbywa się przede wszystkim w barze. To takie magiczne miejsce na parterze, otwarte do późna w nocy (to, że napisane, że do 1.00 to bzdura), gdzie można poćwiczyć różne języki przy piwie, a pod koniec miesiąca, kiedy odlicza się dni do kolejnej wizyty w ambasadzie po stypendium, przychodzi się i na herbatę. Zaś w każdy piątek, stołówka na górze zamienia się w parkiet i organizowane jest stołowaja party. Wejściówka stoi 50 rubli, piosenki puszcza czarnoskóry DJ. Niestety, co tydzień te same.
Jednak tym, nad czym ubolewa tu każdy mieszkaniec akademika, chcący uczyć się żywego języka, jest ogólna ubogość Rosjan w akademiku, rekompensowana za to wielką ilością skośnookich. Nasze piętro, jest zdominowane przez studentów z Chin. Najłatwiej spotkać ich w kuchni. Właściwie odnosi się wrażenie, że nigdy z niej nie wychodzą. Przebiegają tylko trasę kuchnia-pokój z dymiącymi patelniami, na których smażą się kurze łapki, chleb moczony w jakiejś ichniej przyprawie czy grzyby mun. Cóż, co kraj, to obyczaj.
 Każdego wieczoru odbywają się zajęcia sportowe. Aerobik, shape`ing, tańce wschodnie, mecze siatkówki, koszykówki. Pewnego razu na zajęciach z tego drugiego, podeszła do mnie Chinka, Nadia. Dziwne imię dla mieszkanki Chin... Okazało się, że tak naprawdę nazywa się Wo Mu, a Nadią nazywają ją wykładowcy. Jest tak przyjęte, że każdemu z przybyszów, którego imię jest trudne do wymówienia, „przydzielone” zostaje imię rosyjskie.
Czymś, co jeszcze niewątpliwie kojarzy się z „Puszkinem” chyba każdemu, kto bywał w tym miejscu, są karaluchy. Owady pojawiają się tylko na wybranych piętrach, z reguły wyższych. U nas pewnego razu pojawiły się w kuchni. Jak się potem okazało, po dezynsekcji parę pięter wyżej. Jedna z koleżanek przyniosła insekta z kuchni do pokoju w kapturze. Inna koleżanka obudziła się z robalem na twarzy.
Do dyspozycji studentów jest sklepik na drugim piętrze (z całkiem przystępnymi cenami) oraz pralnia, w której od czasu do czasu giną rzeczy, oczywiście w niewyjaśniony sposób. I to bynajmniej nie markowe ciuchy od Versaczego, a nawet zwykłe ścierki kuchenne. I skarpetki mogą nagle okazać się bez pary.
W akademiku jest miło, jednak czasem nie wystarcza stołowaja party ma się ochotę ruszyć w miasto, obejrzeć jak bawią się Moskwianie. I tym sposobem docieramy do miejsca, gdzie rozgrywa się

Scenka rodzajowa nr 3:
W klubie. Jest 5 rano, impreza zakończona, można powoli iść na stację, doczekać do pierwszego metra. Stoimy w długiej kolejce po odbiór rzeczy z szatni.
-          Девушка...- chłopak łapie za numerek do szatni swojej towarzyszki.
-          Не надо. – oboje ciągnęli zbyt mocno i kartonowy numerek łamie się na pół.
-          Что ты сделал!  Только посмотри!
-          Ничего, ничего. – niezbyt zbity z tropu pożycza od kolegi gumę do żucia i skleja obie połówki. Tamten bacznie się przygląda.
-          Мой друг с ума сошёл – z przepraszającym wzrokiem mówi do niego dziewczyna. 
-          Почему? Я тоже так делаю...


Tak, zdecydowanie, dla Moskwian nie ma rzeczy niemożliwych.

          
     2008

niedziela, 21 lipca 2013

O Tarnopolskich osobliwościach.

Dawno, dawno temu, bo roku pańskiego 1540, na ziemi, na której znajdowała się średniowieczna ruska osada Sopilcze (czy też Topilcze), spustoszona w XIV w. przez Tatarów, a pozyskana później przez Polskę, nad rzeką Seret (będącą dopływem Dniestru) hetman Jan Tarnowski założył twierdzę nazwaną Tarnopolem. Od tego momentu rozpoczęła się historia miasta, które na przestrzeni dziejów mieściło się w granicach Polski, Austrii, Rosji, Austro-Węgier, ZSRR, Generalnej Guberni, żeby ostatecznie, w 1991, przypaść Ukrainie.
Do Tarnopola stosunkowo najłatwiej i najtaniej jest dostać się elektriczką z Lwowa. Sam przejazd tym środkiem transportu może stać się ciekawym przeżyciem, kiedy spotkamy się oko w oko z handlarzami wędrującymi z wagonu do wagonu, sprzedającymi różne różności – od igieł i pilniczków do paznokci, poprzez gazety, chrupki czy nawet kasety z ukraińskimi pieśniami narodowymi, których próbkę można usłyszeć na przyniesionym przez nich magnetofonie. Należy też uważać, co z produktów nadających się do spożycia trzyma się na widoku, gdyż chodzący po wagonach żebracy są wyjątkowo konsekwentni - zobaczywszy coś, co można zjeść lub wypić, tak szybko sobie nie pójdą. W ten sposób straciliśmy pół Sprite`a i czekoladę.
Postanowiliśmy skrócić sobie drogę grą w karty. Po chwili dołączył do nas Ukrainiec w średnim wieku i, choć nie umiał, grał z nami w makao. I grał dopóki, dopóty nie ujrzał stojącego w korytarzu znajomego z brudną reklamówką, który zachęcająco machał mu przez szybę, po czym z siatki wysunęła się szyjka butelki. Utraciliśmy więc i naszego nowego gracza.
Po trzech godzinach jazdy byliśmy na miejscu. Szybko przekonaliśmy się, że wielu zabytków niestety w Tarnopolu nie ma. Zamek, zbudowany przez Jana Tarnowskiego, swoje już przeżył – dwa razy był niszczony: podczas wojen kozackich i najazdu tureckiego. Odbudowała go żona Jana III Sobieskiego, Maria Kazimiera. Na początku XIX w. Franciszek hr. Korytowski usunął obronne umocnienia, przekształcając zamek w pałac, który od połowy tego wieku mieścił w sobie koszary wojskowe. W 1944 roku został spalony, odbudowany zaś w 1951. Dziś jest w nim szkoła sportowa, gdzie uczą zapasów w stylu klasycznym. Za zamkiem rozpościera się duże, szerokie na 1 km i długie na ok. 3 km sztuczne jezioro, zwane mało oryginalnie - Stawem, które bardzo ożywia krajobraz miasta. Wzdłuż niego biegnie spacerowa promenada, latem musi być miejscem wypoczynku Tarnopolan. Późną jesienią jednak można spotkać tam, jak i nad rzeką Seret, tylko wytrwałych wędkarzy. Dość ciekawym obiektem, choć bynajmniej nie zabytkiem, jest znajdujący się po prawej stronie zamku plac zabaw, gdzie tarnopolskie dzieci mogą skręcić sobie kark na 3-metrowej, niemalże pionowej zjeżdżalni. Z tej przyjemności nie skorzystaliśmy.

widok na Staw
Na końcu promenady, idąc w stronę miasta, przy ulicy o nazwie Nad Stawom stoi nieduża i skromna, szesnastowieczna cerkiew Podniesienia Krzyża, obecny swój wygląd zawdzięczająca gruntownej restauracji, będąca jednym z czterech obiektów sakralnych Tarnopola. Kiedy tam dotarliśmy, drzwi do cerkwi były zamknięte, obok wywieszono kartkę, że wejść można tylko przez kancelarię. Obeszliśmy świątynię dookoła, ostrożnie otworzyliśmy drewniane drzwi, które uznaliśmy za wejście do kancelarii, gdyż żadnego innego nie było. Niemalże na palcach, wąskim korytarzykiem weszliśmy do środka, mijając już właściwe, otwarte drzwi do biura. Tam, na kanapie przed telewizorem leżał osobnik, przypominający ukraińską wersję naszego katolickiego proboszcza, zgoła nie zainteresowany naszą obecnością w domu modlitwy.
Historycznym centrum Tarnopola jest niewątpliwie Majdan Woli, uprzednio zwany Placem Dominikańskim. Tam znajduje się kościół i klasztor dominikanów, a w środku cudowna ikona Matki Bożej Tarnopolskiej. Zabytek został zbudowany w latach 1749-1779 w stylu późnobarokowym, po remoncie stał się greckokatolicką świątynią Niepokalanego Poczęcia. Po II wojnie mieścił galerię obrazów, obecnie znajduje się w nim archiwum.
Na środku placu dumnie na koniu stoi książę Daniło Halicki. Kiedy przybyliśmy na Majdan, była pora ślubów. Trzy młode pary pozowały do zdjęć, czwarta już schodziła po schodach w stronę pomnika.
Na ślub natknęliśmy się także zwiedzając cerkiew Narodzenia Pańskiego; według mnie była to najbardziej okazała z tarnopolskich świątyń, wybudowana w latach 1602-1608 i zrekonstruowana w 1937 roku, należąca do ukraińskiej autokefalii. Wewnątrz trwały przygotowania do ceremonii zawarcia sakramentu małżeństwa. Gromadzili się elegancko ubrani goście z kwiatami, na środku stał tron, a na stoliku przed ołtarzem leżały i oczekiwały na narzeczonych złote korony.
Drugim centrum miasta jest Plac Teatralny z gmachem Ukraińskiego Teatru Dramatycznego im. Tarasa Szewczenki. Budzi skojarzenia z podobnym miejscem we Lwowie, choć, ze względu na ilość gołębi, także z krakowskim rynkiem.
Jednak nie tylko zabytki stanowią o wyjątkowości Tarnopola. W mieście spotkaliśmy się z różnymi ciekawostkami, osobliwościami i kompletnymi kuriozami.
Po pierwsze – ciepła woda. Nie zawsze można na nią trafić. W poniedziałek, na przykład, nie ma jej wcale, we wtorki, czwartki i niedziele jest dwa razy dziennie (od 6.00 do 9.00, w niedzielę godzinę dłużej, potem dopiero od 17.00 do 23.00). Rekompensatą jest sobota, kiedy ciepła woda powinna być cały czas. Powinna, bo bywa, że zwyczajnie się skończy albo nie dotrze na dziewiąte piętro akademika, na którym notabene mieszkaliśmy.
Po drugie, w Tarnopolu miałam okazję ujrzeć coś, czego nie spotkałam nigdy wcześniej na Ukrainie, ani w ogóle nigdzie indziej. W kilku miejscach miasta stali ludzie z tekturowymi tabliczkami na piersiach. Okazało się, że nie jest to żadna akcja charytatywna, ale sposób zarobku tych ludzi, którzy oprócz tabliczki, posiadali przytwierdzony do siebie sznurkiem telefon komórkowy, z którego można było skorzystać płacąc hrywnę za 10 minut rozmowy. Przyznam, iż pan biznesmen w skórzanej kurtce z teczką w ręku, wyglądał komicznie trzymając przy uchu telefon na pomarańczowym sznurku.
Inną ciekawostką był tarnopolski festyn, który bynajmniej nie odbywał się na Majdanie Woli, a dość daleko od centrum, w rejonie tamtejszych blokowisk. Trafiliśmy tam przypadkowo. Dookoła stały samochody dostawcze, w środku kontener z główkami białej kapusty. Prócz kapusty, na osiedlowej imprezie można było zaopatrzyć się w żywą rybę, zjeść szaszłyk, popić wódką. W jednym z namiotów grał zespół, złożony ze skrzypka i łysiejącego wokalisty, a para staruszków ruszyła w tany.
Bazar
Wreszcie – tarnopolski bazar! Plac targowy, rozmiarami i różnorodnością towarów na głowę bijący warszawski Stadion Dziesięciolecia. Od wielości sprzedawanych rzeczy bolały oczy. Na targowisku było chyba wszystko – buty, książki, klamki, garnki, ubrania, farby i impregnaty, artykuły wędkarskie, nawet sprzęt AGD – obok straganu, na wolnym powietrzu, stały lodówki. O żadnym zabezpieczeniu przed warunkami klimatycznymi nie było mowy. W rogu zadaszonej części stała niewysoka kobieta o pełnych kształtach, obwieszona paczkami z kawą, która co jakiś czas, nabrawszy pełne płuca powietrza, wykrzykiwała jednym tonem jak papuga: „kawa, kawa, kawa, kawa, kawa…” Chociaż nie. Wszystkiego to tu może nie było. Znalezienie szalika graniczyło z cudem. Były tylko klasyczne rosyjskie chustki, które wzbudziły zainteresowanie żeńskiej części naszej grupki. Nie zdążyłyśmy dobrze przyjrzeć różnobarwnym wzorom, kiedy usłyszałyśmy krzyk właścicielki wyłożonego towaru:
- Szto eto za rewoljucja?!! – po czym nastąpił potok słów oznajmujący, że nikt nie będzie tego po nas układał i że to, co rozłożyłyśmy, mamy odłożyć na miejsce, ale to migiem. Bazar pochłonął nas na jakieś dwie godziny. Wejść tam było łatwo. Wyjść z niego – znacznie trudniej. Błądząc w labiryncie straganów zupełnie straciliśmy orientację, należało spytać o drogę. Jedna z handlarek podjęła się wyprowadzenia grupki zagubionych Polaków, zwinęła swój kramik, gestem nakazała, żeby podążać za nią i zniknęła w tłumie. Ledwo nadążyliśmy za jej ciemnym płaszczem. Stoiska powoli się przerzedzały, w końcu wyszliśmy na ulicę. Nasza przewodniczka odwróciła się dopiero przy pasach, dokładnie wytłumaczyła, gdzie mamy iść dalej i wróciła do swoich zajęć. Niech Bóg jej to wynagrodzi.
Jeśli chodzi o tarnopolską gastronomię, można zjeść tanio i smacznie. Szczególnie chętnie odwiedzane jest bistro Anastasija, przypominające nieco polski bar mleczny, jednak posiadające zdecydowanie bardziej wyszukane menu, od soljanki i pielmieni, po turecką szaurmę. Panuje tam niezwykły klimat. Kiedy my w spokoju zajadaliśmy się specjałami nacjonalnoj kuchni, grupa starszych ludzi obchodziła suto zakrapianą imprezę, chyba urodzinową. Co parę minut wszyscy wstawali, żeby odśpiewać jakąś biesiadną piosenkę, po czym kontynuowali ucztę. Nawet te miejsca o wyższym standardzie, jak np. restauracja Giet`man, tuż obok cerkwi Narodzenia Pańskiego, nie uderzają zbytnio w polską kieszeń, a można spróbować tam bardziej wyszukanych potraw.

I to już koniec mojej opowieści o Tarnopolu, mieście z białym zamkiem, białą gwiazdą i białym półksiężycem w herbie. Mieście o tak bogatej historii, jaką mogą poszczycić nieliczne. Mieście pełnym osobliwości. Mieście z duszą.


        2007

sobota, 15 czerwca 2013

O Kobiecie Rosyjskiej.

Rzecz dzieje się w restauracji podczas kolacji z klientami z Rosji. Większość przy stole stanowią kobiety. Rozmowa toczy się o podróżach, nasze Panie opowiadają gdzie były i co widziały: Chiny, Indie, Tajlandia, większość krajów Europy Zachodniej. Imponujący dorobek podróżniczy. W pewnym momencie jedna z Pań opowiada ciekawostkę, że podobno gdzieś w Azji istnieje wioska, w której pracują same kobiety.
- Ale jak to, same kobiety, to tam nie ma mężczyzn?
- Są, siedzą całe dnie, grają w karty, patrzą jak ich kobiety się krzątają.
Pomyślałam oczywiście, że to dyskryminacja i niesprawiedliwość dziejowa. Jednak konkluzja drugiej z Pań kompletnie zbiła mnie z pantałyku.
- I dobrze! Przynajmniej nie przeszkadzają!

Zdaje się, że to stwierdzenie zawiera całą prawdę o doli Kobiety w Rosji, która wg powiedzenia "i do chaty płonącej wejdzie, i konia w galopie zatrzyma". Niejednokrotnie pisał o tym w swoich felietonach Wacław Radziwinowicz:
W rzeczywistości dola od pokoleń zwala na nią obowiązki cięższe niż pożarnicze czy hippiczne. To ona, jak tu się mówi, "dźwiga Rosję na swym karku", wykonując najcięższe prace. Nie może liczyć na swojego mężczyznę.*

Kobieta Rosyjska musi mieć siłę i determinację, żeby móc pracować i często samotnie wychowywać dzieci lub prowadzić firmę za męża alkoholika, który na kilka tygodni "poszedł w tango", lub wystąpić na Eurowizji, żeby zebrać pieniądze na budowę Cerkwi w Jej rodzinnej wsi, albo żeby przeciwstawić się Putinowi i za krytykę w prasie zapłacić życiem, albo zrobić punkowy antyrządowy happening w Soborze Chrystusa Zbawiciela w Moskwie.

A mężczyźni, skoro nie pomagają, to niech chociaż nie przeszkadzają. A czasem może zrozumieją i docenią. I zaśpiewają nostalgicznie "hej bracia, wujowie, kumowie -  nasze baby są lepsze niż my":


źródła: